Gdy na początku lat 90. ubiegłego wieku, jako mały kinomaniak oglądałem po raz pierwszy "Gorączkę śmierci" ("Dead Heat") z 1988 roku, znaną również pod tytułem "Martwy bieg", nie zdawałem sobie sprawy z dwóch rzeczy. Po pierwsze film opierał się na micie Frankensteina, po drugie w jednej ze swoich ostatnich ról wystąpił w nim Vincent Price, który był dla mnie wówczas (o ja niewierny!) anonimowym staruszkiem z finałowych scen. Wtedy moją głowę zaprzątało większe zmartwienie,
aby jakoś przeżyć seans, dooglądać film do końca, choćby przez palce, bo "Dead Heat" był dla mnie dziesięć razy straszniejszy i dwadzieścia razy paskudniejszy niż wszystkie części "Koszmaru z Elm Street" razem wzięte...
