sobota, 10 listopada 2012

"Hotel Transylwania" - recenzja


W Transylwanii stra… to znaczy śmieszy!

Kino bardzo rzadko kpi z klasycznych potworów, a jeszcze rzadziej robi to w pakiecie. Filmy parodiujące Frankensteina, Drakulę, mumię i wilkołaka (czy też Człowieka-wilka jak kto woli) oraz gościnnie niewidzialnego człowieka - praktycznie niezauważalne epizody, można wyliczyć na palcach jednej ręki. Rok 1948 to  slapstickowy, pełen gonitw i klasycznych monstrów, „Abbott i Costello spotykają Frankensteina”, potem kilka lat przerwy i kultowa animacja kukiełkowa „Mad Monster Party?” z roku 1967. Następnie długo, długo nic i na ekrany kin trafia komedia przygodowa „Łowcy potworów” („The Monster Squad” 1987 r.). Kolejne ćwierć wieku to cisza w temacie i krzaczek samotnie turlający się po pustynnym pustkowiu. Gdzieś tam w międzyczasie mignął tylko średnio udany, przygodowo-awanturniczy „Van Helsing”, próbujący powrócić do czasów złotej ery Hollywood, ale płomień nadziei, nie dość że wątły, rozbłysnął tylko na chwilę i równie szybko zgasł. Klasyczna „drużyna potworów”, której epoka definitywnie się skończyła, weszła do szafy, ustępując miejsca krwiożerczym bestiom z kosmosu: Predatorowi i Obcemu. Te dwie ikony kina science fiction na długie lata zawłaszczyły srebrny ekran i „sympatię” widzów wyłącznie dla siebie. Sława kosmicznych brzydali też w końcu nieco przygasła, a nieudane crossovery ze słowem „versus” w tytule uświadomiły wszystkim, że jeden film jest za mały dla nich dwóch. W tym czasie „Classic Monsters” cierpliwie czekali, aż widzowie za nimi zatęsknią, a producenci przypomną sobie o potencjale w nich drzemiącym. I choć prawdziwy renesans przeżywa obecnie tylko Frankenstein, który pojawi się na pierwszym lub drugim planie w kilku produkcjach zapowiadanych na 2013 i 2014 rok, samodzielnie nie  jest w stanie zagwarantować takiej porcji nostalgii, wzruszenia i grozy, jak w zestawie z mumią, wilkołakiem i Drakulą, starymi kumplami z dawno minionych lat... 

Klasyczne potwory kontratakują!
(Niewidzialny człowiek po raz pierwszy w 3D!)

Genndy Tartakovsky, twórca m.in. „Samuraja Jacka”, wpadł na kapitalny pomysł hotelu dla potworów, w którym te, odizolowane od świata zewnętrznego, znaleźć mogą spokój z dala od ludzkich oczu, ciekawości i wrogości. Ale prawdziwej wolty, pomysłodawca "Laboratorium Dextera" dokonuje konceptem, by miejsce potwora wrzuconego między ludzi, zajął, dla odmiany, człowiek wrzucony w świat potworów. Do hotelu pełnego strasznych indywiduów trafia więc zakręcony, nieco zarozumiały nastolatek, a że trwają właśnie przygotowania do 118 urodzin córki Drakuli, wiadomo z góry, że wyniknie z tego wzruszający romans, wielkie zamieszanie, kupa śmiechu i… strachy na lachy. Potwory z „Hotelu Transylwania” są bowiem, ni mniej ni więcej, strrrasznie fajne. Choć dwoją się i troją by wzbudzać lęk, a nerwowy Drakula w czerwonej aurze wygląda naprawdę przerażająco – ataki furii na szczęście szybko mu mijają, wszyscy pensjonariusze (no, może poza Quasimodo i pająkami) wyglądają tak sympatycznie i tak dobrze im z oczu, i z oczodołów również, patrzy, że chciałoby się ich spotkać we własnej szafie. 

Cyfrowa animacja z najwyższej półki,  połączona z dynamicznym montażem
robi doskonałe wrażenie. Film jest
dopieszczony pod względem formalnym.

Barwna galeria postaci nie pozwala na chwilę nudy, na ekranie wciąż coś się dzieje, a najważniejsze, że dzieje się naprawdę zabawnie. Nie jest to, od razu zaznaczam, poziom pierwszego „Shreka”; turlanie się po podłodze ze śmiechu raczej nam nie grozi, ale kilka motywów naprawdę zrywa czapki z głów, wynosząc dziełko  Tartakovsky'ego wysoko ponad poziom przeciętności. Moje ulubione – rzucam tu słowa hasła, by niczego nie zdradzić: serek topiony, wilczek na pianinie, Drakula na scenie i nietoperz w oknie samolotu. Film ogląda się bardzo przyjemnie, humor jest lekki i pozbawiony znamion wulgarności, no, może poza bąkiem zasadzonym przez Frankiego – ale uznajmy to za wypadek przy pracy, w sumie całkiem zabawny, bo zakończony efektownym płomieniem z kominka. Jedyne minusy „Hotelu Transylwania”, to narzeczona Frankiego - postać absolutnie zbędna i nijaka, oraz humorystyczna sinusoida, po której poruszają się gagi, od letnich, pozostawiających widza obojętnym, do tych rozkładających na łopatki, przy czym tych drugich mogłoby być trochę więcej. 

Frankie / Frankenstein, szkoda, że tym razem nie samotny...

Choć chciałbym móc napisać, że wielkiej postury postać Frankiego najbardziej przypadła mi do gustu (skok do basenu - bezcenny!), muszę oddać sprawiedliwość w ręce Drakuli. To, co wyrabia hrabia, przerasta nie tylko ludzkie, ale i potworne pojęcie. Drakula biega, lata, skacze, tańczy i śpiewa, a we wszystkich tych czynnościach nieodmiennie śmieszy, bo, jak to hrabia, próbuje w całym zamieszaniu zachować śmiertelną powagę i srogą minę. Wszystkie te wygibasy czynione z szybkością Samuraja Jacka, służą ratowaniu córki przed światem ludzi, a jej imprezy urodzinowej przed katastrofą. Najlepsze momenty ma jednak hrabia pod postacią nietoperza, kiedy dosłownie zabija śmiechem. Jego próby przyspieszenia lotu przez szaleńcze odpychanie się skrzydłami od, w sumie nie wiadomo czego, fundują widzom prawdziwy trening przepony. 

Sama słodycz - córka Drakuli pod postacią nietoperza
(już wiadomo co dzieje się z ubraniem podczas przemiany ;)

Z przysłowiowym bananem na twarzy ogląda się cały „Hotel Transylwania”. To film niezwykle pogodny, zwariowany i,  choć połowa bohaterów to sztywniaki lub na wpół sztywniaki, pełen życia. Gdy mumia pojawia się w hotelu, nanosi górę piachu, niewidzialny człowiek próbuje pokazać kalambur, a gdy wszyscy występują na scenie, Frankie gra oczywiście na gitarze elektrycznej. Żartów z przywar klasycznych potworów znajdziemy w filmie znacznie więcej. „Hotel…”, poza stworami wszelkiej maści, wypełniony jest  po same brzegi  pozytywną energią. Kontynuuje tym samym najlepsze tradycje komediowych crossoverów w stylu „Mad Monster Party?”, za którego nieoficjalny remake, mógłby śmiało uchodzić. W finale, gdy (uwaga - MAŁY SPOJLER!) dochodzi do spotkania bohaterów z ludźmi, ta zwariowana komedia potrafi też naprawdę wzruszyć, a cała opowieść niesie ze sobą cenne przesłanie, nie tylko dla młodszej widowni, że nie jest ważne kim jesteś, lecz jaki jesteś. 

Ocena 8/10




  
Źródła zdjęć:
http://insidemovies.ew.com
http://www.empireonline.com
http://bloody-disgusting.com


6 komentarzy:

  1. A ja mam mieszane uczucia. Kocham Tartakovskiego i gdyby wyłączyć temu filmowi dźwięk to bym był zachwycony.

    OdpowiedzUsuń
  2. O co dokładnie chodzi z dźwiękiem? Nie podobał Ci się polski dubbing, efekty dźwiękowe czy piosenka "I'm Sexy And I Know It"?

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam wrażenie, że w wyliczance filmów parodiujących klasyczne monstra zabrakło "Młodego Frankensteina" Mela Brooksa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zabrakło, przywołałem tylko te filmy, które parodiowały całą "drużynę potworów", nie pojedyncze sztuki ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Umówmy się... To nie jest film dla dzieci. Ciągłe podteksty seksualne, humor naprawdę ciężki... A najgorsze jest to, że byłem na sali pełnej 7-10 latków. I częściej śmiali się ich rodzice, co w przypadku bajki dla dzieci jest po prostu porażką... I niech mi ktoś jeszcze powie, że w tym filmie było 3D...

    OdpowiedzUsuń
  6. Było 3D, ale faktycznie, właśnie mi o nim przypomniałeś, bo jakiś taki mało zauważalny był ten efekt 3d, poza standardowym przyciemnieniem obrazu ;). Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli 3D to tylko w IMAX.

    OdpowiedzUsuń