Odkąd technologia dała nam, widzom, do rąk narzędzie zwane kinem domowym, dorzucając do niego kilka lat temu cud techniki w postaci płyt Blu-ray, preferuję seanse w domowym zaciszu. Jakość dźwięku i obrazu nie odbiega znacznie od tego z kina, przegrywając jedynie w calach i decybelach. Za to nikt nie szeleści za uchem, nie chrupie nad głową pop-cornem, ani nie wychodzi do toalety zasłaniając najważniejszą scenę. "Frankenweenie" (przeczytaj moją recenzję) widziałem w kinie IMAX w wersji 3D, więc poprzeczka dla kina domowego została zawieszona bardzo wysoko. Czy seans z płyty Blu-ray sprostał oczekiwaniom, czy okazał się tylko dalekim echem słynnej imaxowej jakości? Odpowiedź w dalszej części wpisu...
