wtorek, 23 lutego 2016

"Frankenstein" Bogusława Lindy - materiał exclusive!

W dniu 23 lutego, wraz z dużą grupą dziennikarzy radiowo-telewizyjnych, miałem zaszczyt wziąć udział w konferencji prasowej z udziałem aktorów i reżysera "Frankensteina" w Teatrze Syrena, połączonej z prezentacją głównych postaci w charakteryzacji i kostiumach, wśród szczątkowych dekoracji. Aktorzy Eryk Lubos (monstrum), Wojciech Zieliński (Frankenstein) oraz Jerzy Radziwiłowicz (niewidomy DeLacey) dwukrotnie odegrali przed fotoreporterami dwie krótkie scenki - pierwszy raz, aby można było zrobić zdjęcia, drugi - aby stacje telewizyjne mogły zarejestrować obraz kamerami. W dalszej części wpisu prezentuję kilka ciekawych, zasłyszanych w trakcie wywiadów informacji, oraz zdjęcia i dwa filmiki mojego autorstwa, z wyżej wymienionymi scenami...

Eryk Lubos /fot. Rafał Donica


Bogusław Linda i Eryk Lubos pytani o to, w jaki sposób powieść sprzed dwustu lat sprawdza się w dzisiejszych czasach, skupiali się na aspekcie odmienności potwora i jego niedopasowania do społeczeństwa i obowiązujących kanonów urody. Mówili także o zawsze aktualnej problematyce zabawy w Boga; kiedyś było to kreowanie życia za pomocą elektryczności, dziś za pomocą genetyki. 

Wojciech Zieliński, Eryk Lubos /fot. Rafał Donica

Lubos podczas rozmowy z dziennikarzami, sam postawił ciekawe pytanie, czy i kto powinien wziąć odpowiedzialność za sztucznie stworzoną istotę, lub całą nową rasę i kto odpowie za to, gdy kogoś owa istota skrzywdzi lub zabije. 

Wojciech Zieliński, Eryk Lubos /fot. Rafał Donica

Zapytany przez jedną z dziennikarek o to, w jaki sposób chce pokazać odmienność potwora, Linda uśmiechnął się tylko i wskazał na Eryka Lubosa, udzielającego wywiadu kilka metrów dalej. Padło też kilka słów na temat oryginalności i charyzmy Lubosa oraz, że praca z nim jako aktorem jest trudnym acz pasjonującym wyzwaniem. 

Eryk Lubos, Jerzy Radziwiłowicz /fot. Rafał Donica

Na pytanie o zapowiadane efekty pirotechniczne i kaskaderskie, których na prezentacji zabrakło, Linda odpowiedział nieco wymijająco, że scena teatru ma swoje ograniczenia, a najlepszymi efektami specjalnymi jest własna wyobraźnia. Mam nadzieję, że odpowiedź reżysera na naiwne pytanie dziennikarki spodziewającej się ujrzeć krótkie fragmenty sztuki w pełnej oprawie audio-wizualnej, była czysto ironiczna, a gotowy spektakl będzie - zgodnie z zapowiedziami twórców: jedną z najbardziej widowiskowych produkcji ostatnich lat, a uwagę widza przykuwać będą efekty specjalne, pokazy pirotechniczne, popisy kaskaderskie i projekcje video. 

Bogusław Linda /fot. Rafał Donica

Obiło mi się też o uszy, jak Bogusław Linda mówił, że jego wersja "Frankensteina" będzie miała aż trzydzieści sześć różnych scen/dekoracji (jak sam reżyser powiedział, to trzy razy więcej niż w innych sztukach), oraz że rozpocznie się i zakończy w laboratorium Frankensteina. Jeśli to prawda, stałoby to w opozycji do oryginalnej, brytyjskiej wersji w reżyserii Danny'ego Boyle'a, która kończyła się tak, jak powieść - Frankensteinem i monstrum znikającymi w lodowych ostępach. Przekonamy się już wkrótce - premiera spektaklu 1 marca. 

Od lewej: Wojciech Zieliński, Jerzy Radziwiłowicz,
Eryk Lubos /fot. Rafał Donica

Na powyższym zdjęciu widzimy tłumek dziennikarzy czekających w kolejce do Eryka Lubosa - monstrum, podczas gdy Wojciech Zieliński (z ugiętą nogą) grający Frankensteina, stoi sam, nieco z tyłu. Fotografia ta zupełnie przypadkiem ilustruje aktualny status kulturowy monstrum i samego Frankensteina. To potwora ludzie są ciekawi, to potwór fascynuje i intryguje, to potwór jest gwiazdą popkultury, a pewien gość z Polski poświęcił monstrum całą książkę ;). W trakcie dwustu lat istnienia w literaturze, teatrze i filmie, bezimienne monstrum z czasem przejęło i przyjęło nazwisko Frankensteina, jego samego spychając w cień, jako coś zbędnego i zawadzającego - podobnie jak zawsze czynił Frankenstein, wyrzucając potwora na śmietnik tuż po narodzinach.

Scena 1

Scena 2

I jeszcze kilka moich luźnych obserwacji po tym, co widziałem.
Eryk Lubos czuje się w skórze monstrum doskonale - co widać gołym okiem. Gra z zaangażowaniem, emocjonalnie, bardzo fizycznie. Gdy reżyser po pierwszej scenie krzyknął "Dziękuję", Lubos dalej, przez dobrych dwadzieścia sekund czołgał się po podłodze. Rozmawiając z dziennikarzami nawet nie poprawił sobie rozwichrzonej fryzury i stał przed nami boso. Odnoszę wrażenie, że Lubos tak mocno wszedł w swoją postać, że po dzisiejszej konferencji pojechał do domu z tymi wszystkimi szwami na twarzy i torsie, bez butów, umazany w sztucznej krwi i w rozpiętym płaszczu ;). Charakteryzacja, jak na próbny pokaz, robiła niezłe wrażenie, aczkolwiek przyczepiłbym się do szwów na głowie, których rozmieszczenie przywodziło raczej na myśl przeszczep twarzy niżeli trepanację czaszki. Z drugiej strony, Cumberbatch i Lee Miller w wersji Danny'ego Boyle'a też mieli szwy na głowie zrobione na zasadzie chybił-trafił, bez żadnego medycznego uzasadnienia, więc się nie czepiam. 

Zaprezentowane fragmenty zapowiadają prawdziwą aktorską ucztę, a nie widzieliśmy jeszcze nawet połowy obsady! Eryk Lubos jako aktor charakterystyczny to obsadowy strzał w dziesiątkę, Zielińskiego lubię od czasu jego występu w "Służbach specjalnych", natomiast Jerzy Radziwiłowicz to klasa sama w sobie (ostatnio kapitalny występ w "Świętoszku" Moliera - Teatr Narodowy).

Zapowiada się chwytająca za serce i gardło opowieść, szargająca nasze nerwy i emocje, a także ciesząca oko. Przypomnę, że widzieliśmy na razie wersję roboczą; gdy dojdzie do tego cała oprawa audio-wizualna, pirotechnika i kaskaderka, muzyka Michała Lorenca ("Bandyta"), finalna charakteryzacja autorstwa Tomasza Matraszka oraz scenografia Jagny Janickiej, możemy otrzymać imponujące, zapierające dech przedstawienie, czego sobie, wam - przyszli widzowie, oraz twórcom, życzę.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz