Choć jestem oddanym miłośnikiem
tej postaci, nie wystarczy, że film będzie „o Frankensteinie” albo „z
Frankensteinem”, aby mnie uszczęśliwić. Spośród opisanych w książce
„Frankenstein 100 lat w kinie” tytułów, 80% to produkcje słabe, fatalne, lub po prostu koszmarnie
złe. Jestem w tym zakresie bardzo wymagający, więc tytuły powstałe w ostatnich
dwóch latach (na wszystkie czekałem zacierając dłonie) oceniałem bardzo surowo.
I tak „Hotel Transylwania” był dobry, a „Frankenweenie” bardzo dobry, „Frankenstein's Army” nieudany, a „Frankenstein’s Theory” wyrzuciłem przez okno razem z telewizorem. Od ponad roku z ogromną i coraz bardziej narastającą
niecierpliwością czekałem na premierę „Ja, Frankenstein”. O wszystkich nowinkach
na temat produkcji filmu, informacjach obsadowych, nowych fotosach, trailerach oraz
ścieżce dźwiękowej, informowałem na bieżąco na moim blogu CinemaFrankenstein. Balon
- zwłaszcza moich - oczekiwań, zdawał się rosnąć w tempie geometrycznym...
